Marsz Równości Lublin 2018. Show Must Go On!

[embedyt] https://www.youtube.com/watch?v=kiMiQKWYUrQ[/embedyt]

Monika Pacyfka Tichy

Petarda wybucha mi pod nogami. Po chwili następna, przed twarzą dziewczyny która idzie tuż obok. Zdążyła się zasłonić, ocaliła oczy, ale z jednej strony chyba nie słyszy. „Mam krew na twarzy?!?” rozdygotana, patrzy w oczy Michała. „Nie, nie masz”…

70 minut wcześniej

Wychodzę na plac z górki pod zamkiem, więc wszystko mam u stóp; na autostradzie mieliśmy problemy z silnikiem, jesteśmy dosłownie na ostatnią chwilę, minuta do trzynastej. Jest cudowne słońce, błękit, kwiaty, ciepło jak latem. Na wprost, kolorowy tłum z mnóstwem tęczowych flag; na prawo i lewo czarne masy, obrzeżone, jak koronką, szeregami białych hełmów policji.

Ich jest więcej.
Rany.
13:00.
I lecą petardy.

Huk łomocze echem po ścianach, dym spowija plac, czarne kłęby wyglądają absurdalnie pomiędzy kolorowymi balonikami, nad jaskrawym kontrastem zielonego trawnika i czerwonych pelargonii.

Zbiegam na dół, tam gdzie tęczowi, wygląda, jakby było ich góra trzysta osób, mniej niż czerni kipiącej w rogu placu.

Łapie mnie tam Szambur, Paweł Szamburski, dzielny człowiek, który był na wszystkich Pride’ach w tym roku. – Wszystko w porządku? – pyta, w jego ciepłych oczach troska i niepokój, choć mi się wydaje, że przecież jestem kwiatem lotosu na tafli jeziora.

Ale to on ma rację.

Owszem, ja wiedziałam, że tu będzie hardkor, i właśnie dlatego tu jestem, z mojego drugiego końca Polski, 11h jazdy; żeby być z lublinianami, żeby nie zostawiać ich samych. I to o nich boję się teraz najbardziej; że marsz, nad którym od dawna pracowali, o który stoczyli wojnę z władzą i sądem, że ten marsz skończy się jakąś totalną katastrofą. Ze tym kolorowym ludziom stanie się krzywda. Boję się o nich. Nie o siebie. Jakbym się bała o siebie, to by mnie tu nie było.

Szambur przytula mnie mocno i długo i mówi, żebym trzymała się blisko serduszek MnW. Dzieli się ze mną swoją siłą. Od razu jest inaczej; nie jestem tu sama. Strzec mnie będą oczy Przyjaciela. Wiem, że nie ustrzegą od rzuconego bluzgu czy cegły, ale zupełnie inaczej jest tym dostać, kiedy ktoś bliski jest blisko.

Don’t stop me now

Feeria tęczowych barw, muzyka, Freddie; “Don’t stop me now, ‘coz I’m having a good time…”, więc ruszamy. Jest nas jednak więcej, niż mi się pierwotnie wydawało, mocno powyżej tysiąca osób. Przechodzimy obok wielkiego banneru na którym jest coś o rodzinie i o dewiacji, trzymający go wrzeszczą… Wołamy, “chodźcie z nami”, opodwiadają, “wypierdalać!” Gdy tylko wchodzimy w ulicę, przyskakują do nas, idą po chodniku tuż za szpalerem policjantów. – Kurwo ty pedale w dupę jebany, dupa cię nie boli, cwelu jebany? – nawija “patriota” do chłopaka idącego tuż przede mną, pluje na niego. Przypomina mi to wspomnienia Roberta Biedronia z pierwszej Parady w Warszawie w 2001 roku: “Pluli na nas. Pluli nam w twarze. Ale trzeba było przez to przejść”….

Idę. Tęczowa flaga z napisem “PACE” – pokój po włosku – na ramionach jak peleryna, w ręce różowa flaga Stonewall, bo z poznaniakami tu przyjechałam. Zaraz za zakrętem – stajemy. W perspektywie biegnącej stromo w górę ulicy widać i słychać kipiącą lawę czarnej blokady. Są ich setki. Stoję koło pierwszego radiowozu, straż marszu i policja nie chcą mnie puścić bliżej, słucham ich, nie chcę im utrudniać i tak trudnej pracy. Tylko stoję i patrzę, po “naszej” stronie szpaleru policji, a i tak z boku podbiega dwóch wyrostków, niskie czoła i wściekłość w oczach, gwałtownie wymachują rękami – czego ona prowokuje? Czego tu prowokuje?

A tam, kilkadziesiąt metrów przed nami, kordony policji naprzeciw masy nazioli. Którzy chcą nas bić. Którzy krzyczą, że zabiją. I nie sposób ich powstrzymać prośbą, wezwaniem do rozejścia się, chcą ruszać w naszą stronę, chcą bić, więc trzeba ich nienawiść do nas tamować szpalerem tarcz, gazem łzawiącym, armatką wodną.

Telefon co chwilę piszczy, mnóstwo nieodebranych wiadomości, od przyjaciół z Polski: “mówią o was w radiu; czy nic ci nie jest???” Na kanale Lambdy co chwila, “Monia żyjesz?!” “Pisz częściej, że żyjesz!” Zestrachany Stanley prosi, żebym poszła stamtąd, że nie warto… Nie, Stan, warto. Trzeba. Trzeba przez to przejść. Obok mnie stoi chłopak, który wcześniej opowiedział mi swoją historię; miał 19 lat, coming out w rodzinie, pięści ojca, i w pięć minut jest bezdomny, z tym co zmieściło się do plecaka. – Dla niego. Dla tysięcy takich jak on. Trzeba przez to przejść.

Mieszkaniec tego miasta kilka dni wcześniej wyrzygał na naszym lambdowym fejsie rzekę obraźliwych słów, a pomiędzy nimi było: “Jestem gejem i mieszkam w Lublinie. I popieram zakaz marszu wydany przez prezydenta. Zrobił z zacofanego miasta niemal Europejską Stolicę Kultury. Nie macie pojęcia, co to znaczy “odpowiedzialność”, generacja facebooka, której “Się Należy i Ma Prawo”. Nie ma różnicy między wami a ONR. Tak samo wciskacie swój światopogląd ludziom, którzy, jak to wy mówicie, “mają prawo” nie chcieć wiedzieć o waszej orientacji, bo to intymna sprawa każdej jednostki. Jest jak dupa. Każdy ma swoją. Dla was liczy się tylko JA, MOJE i DLA MNIE. Ohyda. Jak przegra prezydent to zastąpi go kandydat z PiS. Ale będziecie wtedy szczęśliwi.”

Zanim będzie za późno

Odpisałam mu wtedy: “Może nie potrzebuje pan marszu równości w swoim mieście. Może nie potrzebuje pan wziąć ślubu z innym mężczyzną, może nie potrzebuje pan adoptować jego dziecka lub uzgodnić płci. Ani pójść ze swoim chłopakiem na spacer trzymając się za ręce i nie dostać po głowie bejzbolem. Ani przestać słyszeć w szkole i z ambony, i z politycznej mównicy, że jest pan wynaturzeniem, pedofilem i dewiantem. Ale to że pan tego nie potrzebuje, to nie znaczy że nie ma innych, którzy potrzebują. U nas są nastolatki i studenci, którzy codzień trzęsą się ze strachu, bo za orientację grozi im bicie od ojca albo odcięcie od finansowania i problem z ukończeniem szkoły. Którzy tną sobie nożem ręce, bo tak są zaszczuci przez rodzinę czy kolegów. Ale rozumiem że te potrzeby innych osób pana nie obchodzą – dla pana liczy się tylko JA, MOJE I DLA MNIE. Bo dla pana prezydent jest ważniejszy niż bezpieczeństwo tych dzieciaków. To nie nasze “facebookowe” pokolenie uczyniło płeć, orientację i związki sprawą publiczną. Zrobili to ci którzy wpisali słowa „kobieta”, „mężczyzna” i „małżeństwo” do kodeksu rodzinnego, wzorów wszystkich dokumentów i paru innych regulacji. Płeć i związki stają się sprawą nieintymną na każdym weselu, z każdą fotką z dzieciakami wrzuconą na fejsa, z każdym założeniem określonych obyczajem ubrań czy zrobieniem makijażu. Z każdym użyciem końcówki „byłem” lub „byłam”. Nie my to wszystko wymyśliliśmy, ale skoro to już funkcjonuje, to domagamy się równych praw. Teraz, nie po wyborach, bo zawsze będą jakieś, bo zawsze ktoś uzna, że trzeba powoli, że trzeba pozwolić społeczeństwu dojrzeć. Nie mamy na to czasu, bo ceną za czekanie może być samobójstwo kolejnego Kacpra lub Dominika, zatłuczenie w ciemnym zaułku kolejnego Patryka lub Roniego. Na śmierć. Rozumie to Pan? Że to jest ważniejsze niż to żeby Lublin był nowoczesną stolicą kultury???”

Bart Staszewski. Fot. Kuba Gawron

Bart Staszewski. Fot. Kuba Gawron

Does anybody want to take it anymore?

Mija kwadrans, a my dalej w miejscu; po skośnym asfalcie spływa woda. Nad białymi hełmami szeregów policjantów widać strumienie z armatki policyjnej. Słońce rozbija się w nich na tęczę. Bart, organizator Marszu, oswaja nasz strach, mówiąc, że to wszystko było tylko po to, żeby była ta tęcza. Podziwiam go, podziwiam tego chłopaka w okularach. Ma nerwy ze stali. Przecież on jest tu za wszystko odpowiedzialny. Rozpętał Trzecią Wojnę Polsko-Polsko-Polską, a ani na chwilę nie traci równowagi, przeciwnie – ciągle się uśmiecha. Z głośników naszego auta – Queen.

Another hero, another mindless crime
Behind the curtain in the pantomime
Hold the line!
Does anybody want to take it anymore?

Nie!!! Nie będziemy tego dłużej znosić. Nie będziemy czekać na kolejną śmierć, another mindless crime. Zadaną gdzieś w ukryciu, za zasłoną, przemilczaną. Przejdziemy przez to miasto, jak przez kilkanaście innych, żeby pokazać, że jesteśmy – takimi samymi ludźmi jak wszyscy. Nie ma powrotu do szafy. Nigdy więcej.

Hold the line! Równać szereg!

 

Monika Pacyfka Tich

Monika Pacyfka Tichy

SHOW MUST GO ON!!! Ściany domów aż się trzęsą od mocy, z którą śpiewa Freddie, podczas gdy “patriotów” trzeba powstrzymywać wodą i gazem, żeby nas nie zabili. Pióropusze wody unoszą się na tle olśniewająco błękitnego nieba. SHOW MUST GO ON!!! Młodzi i starsi, kolorowi jak motyle, pląsają do muzyki. I kolumna rusza, idziemy! Krok po kroku, naprzód. Nikt nie uciekł. Nikt się nie cofa. Show must go on!

 

To nie są ludzie”

Idziemy, na skarpie z boku część z nich, zepchniętych przez policję. Lecą na nas obelgi i kamienie. Paru z nich ma małe dzieci w wózkach, bluzgają ponad głowami tych dzieci. Idziemy, wciąż przyskakują do nas, z obu stron. Niektórym udaje się przebiec między policjantami i rzucać na ludzi. Ci mniej szybcy, sponad ramion funkcjonariuszy, rzucają pedałami, pedofilami, cwelami. Wyrażają również dezyderaty, abyśmy zakończyli istnienie, lub przynajmmniej opuścili Lublin. Półtora kroku ode mnie, twarz wykrzywiona nienawiścią, ślina pryska spomiędzy zębów, zaciśnięte pięści, patrzy mi w oczy, kurwo, lezbo, zabiję cię, zajebię, wypierdalaj! Trzęsie się z wściekłości – widzę, że by to zrobił, gdyby nie policjant z gazem i pałką, który stoi pomiędzy nim a mną.

A my nie chcemy ich bić. Nie oskarżamy, że są pedofilami. Nie postulujemy, żeby rzucili swoje kobiety i zaczęli z facetami. Nie deklarujemy że zabijemy ich, jeśli tego nie zrobią. My chcemy tylko kochać w spokoju. Być sobą bez strachu. Nie ma między nimi a nami żadnej symetrii.

– Dlaczego oni mają polską flagę?! – wrzeszczy inny. – Nie jesteście kurwy Polakami!!! – I rzuca butelką.
– Jesteście chorymi ludźmi!!!! – drze się kolejny.
– To nie są ludzie! – odpowiada mu kumpel. – Cho-re-kurwy! Cho-re-kurwy!!!

Inside my heart is breaking
My make-up may be flaking
But my smile still stays on.

Więc uśmiecham się do nich. Starszy gość siedzi na ławeczce tuż przy nas, rzuca bluzgi. Zbliżając się, pytam, – przytulić pana? – Spieprzaj lezbo. – Podbiega młody, również z afirmatywnym słowem na ustach. – Przytulić cię? – pytam szczerze. On pewnie nigdy nie zaznał miłości, może jeden szczery gest serdeczności coś by w nim odblokował, zrobiłby szczelinę w tej skorupie? Osiłek patrzy na mnie z obrzydzeniem. – Chodź, przytulę cię. – Nie chce.

Spokoju nie ma ani przez moment. Naziści cały czas są z przodu, trzeba ich spychać, z boków, trzeba na nich uważać. Nie mamy źle. Policja jest po naszej stronie, a nie jak w Rosji, jeszcze by im pomogła. Gdyby nie Błękitne Anioły, byłaby z nas miazga. Są z nami, bo Sąd Apelacyjny, dobę temu zaledwie, uchylił zakaz marszu. Byłam wtedy w pracy, gdy przyszła wiadomość. Popłakałam się przy kolegach i klientach.

Mijamy kościół, pod którym ekipa różańcowa modli się “za nas”. Modlą się o “nawrócenie” – nasze. Nie tych, którzy nienawidzą, atakują. Nas, którzy kochamy. Takie są wartości waszego Boga? Potępia miłość, a usprawiedliwia przemoc i nienawiść? Serio?!?

Jak ja jeszcze chodziłam do kościoła, to mi tam mówili, że Bóg jest miłością.

Dziura wypalona petardą. Fot. Monika Pacyfka Tichy

Dziura wypalona petardą. Fot. Monika Pacyfka Tichy

Miasto ‘2018

Znów huki petard. Idę na samym przodzie, przy pierwszym bannerze. Czujnie patrzę dookoła, coś może polecieć z każdej strony. Nie mogę pisać że żyję, tym, którzy tam w innych miejscach się martwią. Kiedy pierwsza petarda wybucha mi pod nogami, raptownie wyłącza się strach. Tak jakby coś wewnątrz się wyprostowało. Podnoszę głowę. Nie zatrzymacie mnie. Nie robię nic złego. Ja tylko kocham. Nie cofnę się. Ani o jeden krok.

Ludzie dookoła mnie, także bardzo młodzi, piętnasto-, szesnastoletni wolontariusze/ki – też nadal idą naprzód. Kolejne petardy przelatują nad policyjnym kordonem, wybuchają obok nas, nad nami, między nami. Jedna wpada w naszą tęczową sektorówkę, flagę-rzekę, która zaczyna się palić, szybko gasimy. W pomarańczowym kolorze wypalona dziura. Orange is the new black.

Nie mamy tu, w deptakach, auta z muzyką. Tylko bębny naszej samby. Skandujemy, “Lublin miastem akceptacji”. A trzy godziny jazdy stąd jest Warszawa, gdzie w czerwcu szliśmy, przez nikogo nie niepokojeni, z muzyką i tańcem. Ten sam kraj, ale inny świat. Naziści drą się “wypierdalać do Warszawy”. Ciekawe, ci ze Szczecina odsyłali nas do Francji. Go West. Straż przesuwa kolumnę na lewą lub prawą stronę drogi, w zależności od tego gdzie zagęszcza się zagrożenie. “Teraz się przytulamy” mówi Bart, żeby było mniej strasznie. Koniec deptaków. Kolejny “bohater” daje radę przedrzeć się do naszej kolumny, zrywa z auta baloniki, rozdeptuje je. Szarpie kable nagłośnienia. W jego ślady idą inni, patriotyczni pogromcy baloników.

Momentami zatrzymujemy się, policja sprajuje gaz łzawiący, aresztuje bardziej agresywnych, potem znów idziemy. I tak zdobywamy Lublin, ulica po ulicy, plac po placu.

Whatever happens, I’ll leave it all to chance.
On and on
Does anybody know what we are living for?
Cokolwiek się stanie – niech się stanie. Idę dalej, Freddie śpiewa.

Paweł znów pyta mnie, jak się czuję. Teraz mówię, że dobrze. Jesteśmy w środku jakiejś chorej wojny, a ja się cieszę, że tu jestem, bo nigdy bym sobie nie wybaczyła, gdyby mnie tu nie było. Gdyby to inni musieli walczyć za miłość naszą i waszą. Umiem odpowiedzieć na to pytanie z piosenki Queen. Wiem po co żyję. Samo życie nie jest wartością. Wartością jest wtedy, gdy ma sens. A sens ma wtedy, gdy kochamy i jesteśmy kochani. I nie odpuszczę, dopóki ktokolwiek jeszcze będzie kwestionował i nienawidził czyjąkolwiek miłość.

Outside the dawn is breaking
But inside in the dark I’m aching to be free
Show must go on!
Show must go on! Yeah!

Wstaje świt, a tu w ciemności szarpiemy się o wolność. Właśnie tu, w tym Jądrze Ciemności. W tym miejscu, o którym pan wojewoda rzekł był, że marsz tu niepotrzebny, bo homofobii tu nie ma. Ten gościu przy krawężniku, pokazuje ręką podrzynanie gardła, “tak was będę zabijał”. Ten w czarnym płaszczu, z białoczerwoną opaską na ramieniu, który drze się plując pianą, że jesteśmy bolszewikami i zasługujemy na śmierć. Ten który rzuca zabranym z ogródka kawiarnianego krzesłem. Homofobii nie ma.

– Kamienie! Kamienie lecą! – krzyk z przodu. – Cofamy się! –

Nie cofam się. Nikt się nie cofa. Stoję z moją różową flagą Stonewall przy pierwszej linii, niosących banner marszu. Hold the line. Równać szereg. Nie ma nic ważniejszego niż miłość.

Starsza pani trwożliwie przemyka pod ścianą budynku, zasłaniając głowę. – To wszystko przez was! – krzyczy. – Przez was nie mogę spokojnie wrócić do domu! – Jak to – odpowiada jej ciemnowłosy chłopak, ptak kolorowy w tęczowej fladze – przecież to nie my rzucamy petardy? – Przez was, przez was, zboczeńcy! – nerwowo rzuca seniorka.

Przyjaźń z okopów

Jak tylko jest odrobinę mniej ostro, wysyłam do Lambdy, do przyjaciół zapewnienia, że żyję. Wiem, bo piszą mi o tym, że tam, w innych miastach, czekają na wiadomości ode mnie, oglądają transmisje, livestreamingi. Czuję gdzieś z tyłu głowy to ich drżenie, czy wrócę cała. “Dziękuję, że o mnie myślałeś” – przytulałam Wojtka po powrocie. “Myślałem??? Ja umierałem ze strachu!”.

Plac pod Centrum Spotkania Kultur. I spotykają się – bannery: “Każda rodzina jest najważniejsza” i “Chłopak dziewczyna, normalna rodzina.” Dwie pary nastoletnich dziewczynek, wtulone w siebie, zasłaniają twarze kartkami z “zakazem pedałowania”. Heh, za rok lub dwa pewnie pójdą z nami, za ręce.

Jesteśmy. Dotarliśmy do celu. Przeżyliśmy. Plac jest pełen tęczy. Pełen ludzi. Pełen uniesienia. Jest nas naprawdę mnóstwo. Skandujemy “Lublin miastem miłości”, “Tu jest Polska”. Odnajdujemy się: Alicja, siostra Mary Read, Patryk, Michał i Kuba z Prowincji. Szambur znów mnie przytula. Cała się trzęsę. Nie groził nam napalm, atomówka, snajperzy, ale i tak mam poczucie jakbyśmy przeżyli wojnę. Daliśmy radę. Miłość zwycięży.

I’ll face it with a grin.
I’m never giving in
On with the show!

Monika, Szambur, Alicja. Fot. KPH

Monika, Szambur, Alicja. Fot. KPH

Szambur mówi, że jego koledzy nie dotarli, bo zostali pobici w autobusie jadąc na marsz. Fotki w komunikatorze, czerwone ślady na ich twarzach. Sprawców szybko złapano, siedzą teraz wszyscy, agresorzy i poszkodowani, na komisariacie. Żeby wrócić do naszego samochodu, musimy czekać na taksówkę 25 minut, więc czekamy. Pakujemy się do niej z naszymi napisami, flagami. Auto rusza, Szambur patrzy na mnie i bez słów, tak po prostu, bierze mnie za rękę. I trzyma ją, całą drogę. Nie potrafię nazwać ani opisać potęgi tej siły, energii, która jest w tym prostym, ludzkim geście.

Nie wiedziałam, nie przeczuwałam, że istnieje taki rodzaj więzi. Zadzierzgniętej w chwili, gdy się szło z drugim człowiekiem, ramię w ramię, w pierwszym szeregu, na froncie jakiejś chorej wojny.

Sama nie mogę nic, z Przyjacielem – wszystko.

I can fly my friends!

I’ll top the bill.
I’ll overkill.
I have to find the will to carry on
With the Show!
Show must go on!


Monika

Monika "Pacyfka" Tichy