Marsz Równości Szczecin. I am here.

Monika Pacyfka Tichy

15 września 2018. 13:55. Roześmiany tłum, gwar tysięcy głosów, migotanie tęczowych flag. Tuż obok mnie przebiega dwójka wolontariuszy z obłędem w oczach i jakimś kartonem w rękach, ktoś krzyczy “gdzie jest kierowca?”, zastęp konnej policji kłusuje wzdłuż trawnika, funkcjonariusze z wojewódzkiej szepczą między sobą rozglądając się czujnie. Nad naszymi głowami z łomotem łopat przelatuje śmigłowiec. Marek pokazuje mi to szerokim gestem ręki. “Widzisz, co narobiłaś? :-)”

Trzy dni wcześniej
„Jesteśmy ekipą DJów i bardzo byśmy chcieli zagrać na platformie. Mamy wszystko, auto itd., brakuje nam tylko generatora prądu, żeby podłączyć nasz sprzęt”.
No to mega, będziemy mieli dwie platformy, a nie jedną. Druga i trzecia, które miały być z firmy budowlanej, właśnie się okazało, że się nie nadają.

– Dwie to za mało – mówię. – Trzeba pożyczyć auto na trzecią.
– Mamy na to kasę?
– Nie wiem, ale to nieważne. Auto musi być. Credit card, i coś się potem wymyśli.

Moja lista zadań urosła w ciągu kilku dni z 150 do 200 pozycji (niektóre na szczęście odhaczone lub zdelegowane). Kasia i Alicja mają swoją w “magicznym excelu” i właśnie siedzą nad nią. W mieszkaniu całą dobę zalegają Lambdziątka przemieszane z puszkami od energetyków i pudełkami po pizzy na telefon. Jak wpada coś, czego nie możemy w danej chwili ogarnąć, Mateusz obdzwania wolontariuszy, kto może teraz pomóc. Wiktoria odpisuje po niemiecku ekipom z Berlina. Dennis i Sylwia co chwilę coś przywożą, mały pokój zawalony: namioty od KODu, dymarka do balonów, flagi, oczojebki dla straży, 30 kilogramów Replik na stoisko Repliki. Książki z dedykacjami od Roberta, Jurka i Ani Grodzkiej na licytację. Łona jeszcze nie przekazał obiecanej płyty, wysyłam smsa z przypomnieniem, tłamsząc w sobie wyrzuty sumienia. Piotr robi przegląd prasy. Ola przytula Sylwię. Zuzia maluje obrazy na zaliczenie siedząc na podłodze. A pomiędzy tym wszystkim unosi się strach, czy ktoś w ogóle przyjdzie na ten nasz marsz.

Sztab w mieszkaniu Moniki Pacyfki

Sztab w mieszkaniu Moniki Pacyfki

Rano DJ’e piszą, że to auto, które mają, się nie nadaje. Dennis siada do neta, obdzwania całe miasto i wydłubuje skądś ostatnią dostępną “firanę na 10 palet”. Idę do Kany, tam gdzie będzie nasz festiwal. Długowłosy młody artysta i koordynator tego miejsca, Mały, w ostrym stresie; różne władze nagle zaczęły nasyłać kontrole, żądać dokumentów, podważać legalność miejsca które funkcjonuje od pięciu lat; nie ukrywają, że chodzi o marsz. Przepraszam za kłopoty które sprawiliśmy; przecież to o nasze, nie jego prawa tu chodzi. Wiem, że słowo przepraszam, jest tu nieadekwatne, bo ta upierdliwość teraz, to mały pikuś; prawdziwym problemem jest ryzyko, co System zrobi dalej z Łąką Kany, którą Mały wraz z Bizonem od lat tworzy i ogarnia. To ich praca, ich pasja, ich firma. Mały patrzy na mnie zmęczonymi oczami, w których jest zarazem jasna niewzruszona pewność, że to co robi, jest dokładnie tym co chce i czuje że powinien robić; “weź daj spokój”, mówi tylko. W tym momencie powstaje między nim a mną taki rodzaj porozumienia, jaki daje jedynie siedzenie razem w jednym okopie tego samego frontu.

Błękitne Anioły

Spotkanie z Policją; są spoko, bardzo zaangażowani i zadaniowi. Z własnej inicjatywy ochronią nie tylko marsz, co jest ich ustawowym obowiązkiem, ale też festiwal, after, miasto na tych trasach, którymi będziemy się rozchodzić; obstawią nawet dworzec w godzinach przyjazdu pociągów z Berlina. I znów pytają, ile osób przyjdzie.

– No cóż – wzdycham. – Pierwotnie esymowaliśmy tysiąc do dwóch, licząc na podstawie doświadczeń innych miast, wielkości, odległości od innych ośrodków i tak dalej. Ale żadne miasto nie miało takiego prequelu do swojego marszu, jak u nas. – Policjanci wiedzą o czym mówię: dwa tygodnie wcześniej, w biały dzień, przy centralnym placu miasta, nasz piknik sąsiedzki, darmowe sałatki, ciasteczka, lemoniady, książki, planszówki; nagle wpada siedmiu karków, z „Polska” i kotwicami na bluzach i rozpirzają w strzępy tęczowe parasolki, którymi udekorowaliśmy ten kawałek ulicy. Nie atakują ludzi, ale nasze nastoletnie Lambdziątka są przerażone; potem lawina pytań, czy na marszu będzie policja? Czy nas ochroni w razie czego? Ja wiem, że tak; byłam na wielu marszach, a z komendą wojewódzką pracuję nad tym od tygodni; ale mieszkańcy Szczecina, którzy żadnego marszu jeszcze nie widzieli, tego nie wiedzą. Trwożne pytania na necie, czy będzie bezpiecznie, czy można przyjść z dziećmi. Co prawda są też głosy „teraz już wiem, że trzeba przyjść”, ale nie mamy pojęcia, tłumaczę policjantom, która grupa będzie większa. Czy oprócz nas, oraz młodych obrońców zwierząt i młodych inaczej buntowników z KOD i Kolektywu, w ogóle ktoś będzie.

Włamujemy się do auta

Piątek przed Marszem, drukarnia dzwoni, że czarnych tiszertów nie zrobią, bo maszyna się zepsuła, Adrian obdzwania wszystkich którzy je zamówili z pytaniem czy mogą być białe, rejestracje na after przekraczają 500 osób, przenosimy go do większego lokalu, Sylwia jako program do massmailingu wysyła wszystkim info, Księżniczki w podziemiach księgarni Piotra

Illustration 1: Winyl od Łony i Webbera

Winyl od Łony i
Webbera

malują bannery. Sylwia piąty dzień z rzędu podstawia mi koło klawiatury jakieś żarcie z pudełka i co kilka minut kontroluje, czy go ubywa. DJ’e piszą, nie mamy też kierowcy i zepsuł się nam sprzęt – mamy już tylko siebie. Dzwonimy do SuperTomka, ależ nie ma problemu, nagłośnię wam też trzecie auto – ja pinkolę, ten człowiek jest aniołem, zesłanym nam w ostatniej chwili przez jakąś gejowską boginię. Jadę z Antkiem odebrać firanę, z duszą na ramieniu, czy wypożyczalnia wyda, jak mnie zobaczy; foty mojej nietypowo ubarwionej grzywy były w ciągu ostatnich dni we wszystkich lokalnych mediach. Mniej obawiam się powtórki z homofobicznego drukarza z Łodzi, a bardziej o to że firma się zestracha, że ktoś rzuci kamień, uszkodzi auto i wszyscy mają problem. Wchodzimy z Antkiem do biura, a tam znad kompa wielkie błękitne oczy, utleniona grzywka i słodki głosik rozkosznego pracownika wypożyczalni. NASI TU SĄ! Chłopak, promieniując tęczą, wydaje nam auto i podaje swój prywatny telefon: “Jakby się wam przedłużyło po 18tej, to zadzwońcie, ja przyjadę odebrać je od was o tej godzinie o której wrócicie”. ♥ ♥ ♥
Wsiadamy to nowiutkiej renówki, “I nagle wszystko wybucha i ogniem zieje, Bóg do mnie dzwoni, pyta: Łona, co tam się dzieje?”

Łona z podpisanym przez niego i Webbera winylem jest w centrum, ja na Południowej; – “Nim dojedziesz, zacznę spotkanie, więc słuchaj, między 18:40 a 19:25 mój samochód będzie stał na rogu Łokietka i Jadwigi, bagażnik otwarty, wyjmij z niego płytę. Przyślę ci fotkę miejsca gdzie stoi i nr rejestracyjny smsem.”

No to skradamy jak jacyś szpiedzy czy przemytnicy po kontrabandę, rozglądając sie, czy nikt nie widzi, że wyciągamy coś z nie swojego auta.

Dennis jedzie do Galaxy po ciuchy, bo nie ma już ani jednych czystych majtek i skarpetek; nie było kiedy prać. Jeszcze dopracować scenariusz, jeszcze dać instrukcje dojazdu wciąż zgłaszającym się gościom, napisać posty na fejsa na jutro, odpisać na kolejne pytania, jest po zerowej i biegnę do Kany po klucze, żeby chłopaki nie musieli zrywać się rano by nas wpuścić; Bizon widzi w moich oczach skrajne wyczerpanie i przytula długo do swej rozłożystej klaty; “chciałabym żeby już było pojutrze rano”, mówię.

Chłopak, który stoi obok i przysłuchuje się rozmowie, zaoferowuje się, że mnie odprowadzi do domu; idziemy Placem Żołnierza, którym jutro będziemy maszerować, z naprzeciwka sześciu na czarno, w glanach i bojówkach, kleją na słupach „zakaz pedałowania”. Czy w ciemności zwrócą uwagę na kolor moich włosów? Idziemy twardo naprzód, ale oni skupieni na swojej walce o „polskość i rodzinę”.

Dennis, Sylwia, Judi już śpią, ja jeszcze piszę konspekt mojego wystąpienia na jutro, czwarta nad ranem, może sen przyjdzie, może mnie odwiedzisz? Kasia z Warszawy wbija z dworca już o szóstej, Alicja odbiera auto aż z Polic, w Szkole Demokratycznej ładujemy na nie stoliki potrzebne na piknik, zajeżdżamy na Łąkę Kany spowitą poranną mgłą, a tam już telewizja i policja. O świcie narodowcy rozlali w budce gastronomicznej kwas odstraszający dziki. Smród jak na dnie tojtoja w trzecim dniu Woodstocku. Nieugięty Mały, ze szlauchem w jednej ręce i mopem w drugiej, z determinacją i bezskutecznie próbuje to wywabić domestosem.

Pacyfka na Łące Kany, fot Agata Sierakowska

Pacyfka na Łące Kany, fot Agata Sierakowska

Kasia, fot. Agata Sierakowska

Kasia, fot. Agata Sierakowska

Mateusz, koordynator wolontariatu, fot. Agata Sierakowska

Mateusz, koordynator wolontariatu, fot. Agata Sierakowska

Kup trzydzieści kamizelek

Zabrakło wiązań do baloników, telefon do hurtowni zabawek, „mam dwa opakowania po 50” – „nie ratuje, potrzebuję tysiąc”, Sylwia jedzie po wstążki, dzwonimy do niej, niech kupi jeszcze sodę oczyszczoną (na te dziki); wiatr próbuje przewrócić nasze namioty, na szczęście jest słońce. Coraz więcej tęczy dookoła, nie ma gdzie zaparkować trzech platform przy sobie, Sylwia czy ty odebrałaś od Magdy generator prądu? KURWA ZAPOMNIAŁAM!!! Przeaża mnie roztelepka, którą widzę na jej twarzy, Dennis, daj jej kogoś do auta, żeby nie była sama!

Illustration 2: Fot. Agata Sierakowska

Fot. Agata
Sierakowska

Na placu Solidarności tęczowy chaos. SuperTomek montuje sprzęt na autach, wolontariusze biegają z naręczami balonów, KODerzy rozstawiają nagłośnienie, Marek robi odprawę straży, policjanci nerwowi, co chwilę coś mówią do krótkofalówek. Uświadamiam sobie, że nic nie jadłam i nie piłam od wczoraj. Sabinka podchodzi się przywitać, kochana czy mogłabyś skoczyć do Żabki i przynieść dwa jabłka, banana i pół litra niegazowanej? Sylwia podbiega, w piwnicy Kany nie ma oczojebek dla straży, czy mogły zostać w domu? Raczej nie, myślę że wszystko spakowaliśmy, sprawdzałam. No ale jedzie tam, bo tu ich nie ma. Guglam sklep BHP, w odległości 10 minut jest jeden otwarty do 14:00, mamy pół godziny do marszu, Sylwia dzwoni, w domu nie ma. W tym momencie podchodzi Janek, który ma prowadzić platformę, mówię Janku jedź do sklepu, nie mam samochodu, przyszedłem z buta! Podchodzi Mariusz, też kierowca platformy, z kimś kogo nie znam; mówię do niego, wyciągając kasę z portfela, proszę jedź na Sikorskiego 5, Dennis który stoi obok odsuwa telefon od ucha, sprzedawczyni odłożyła nam 30 sztuk. Chłopak, o którym dopiero potem się dowiem, ze ma na imię Kuba, nie bierze pieniędzy, biegnie do auta; Gloria Gaynor krzyczy, I will survive.

Coraz więcej tęczy. Coraz więcej ludzi. Krzyś z tęczową sektorówką, cudownie uśmiechnięty Szambur z tęczowym orłem na koszulce, siostra Mary Read z prezerwatywami w koszyczku. Różowe flagi Stonewall. Sambiści z Berlina. Ponad głowami tłumu Oli Bałagan na metrowych szczudłach powiewa flagą Teatru Brama. Kurde, martwię się o niego, i to nie tylko w kontekście trakcji tramwajowej. Czy ktoś wie gdzie jest kanister z wachą do generatora? Gdzie jest Janek, nie odbiera telefonu? Błękitne Anioły pytają, czy jakby grubo było na Grunwaldzkim, to możemy zrobić skrót pod prąd, zamiast obchodzić całe rondo? tak, jasne, odpiwiadam przekrzykując się z policyjnym śmigłowcem który łopocze nad nami, ja pinkolę, czy wszystkie nagłośnienia działają, wszystkie auta, czy kierowcy i pomocnicy są na miejscu, czy linki wokół aut są i ma je kto nieść, P!ink zaczyna śpiewać

I wanna make some mistakes
I wanna sleep in the mud
I wanna swim in the flood

Zaraz trzeba zacząć; wychodzę na górkę, tam gdzie kolumny, i widzę plac Solidarności –

– PEŁNY –
– PO BRZEGI.

Tu nie ma tysiąca ludzi. Nie ma dwóch. Jest więcej. O ja P!nkolę!!!

I am here – śpiewa Pink. – I am here.

Zamykam oczy. Jestem tu. Jesteśmy tu. Zobaczcie nas. Nie jesteśmy abstrakcją. Nie jesteśmy modą. Nie jesteśmy chorobą dotykającą tylko artystów i celebrytów. Jesteśmy ludźmi. Waszymi sąsiadami. Waszymi bliźnimi. Jesteśmy tu.

Naked and laughing with my blood on the ground.
I am here.

Jestem tu. Ja, twoja siostra, twój brat. Jestem tu, przed tobą, mój współobywatelu, mieszkańcu mojego miasta. Nie jestem gwałcicielem dzieci. Nie pederastą i nie sodomitą. Jestem osobą, która kocha. Jestem człowiekiem.

Jestem tu – pod otwartym niebem. I nigdy, przenigdy więcej nie dam się zagonić do szafy.

I AM HERE.

Gosia i Wiktoria są ze mną. Trzęsę się ze stresu. Witamy wszystkich. Przekazujemy pozdrowienia. Tłumy wiwatują słysząc nazwiska Jurka i Roberta. Mówimy o miłości. O zwyciężaniu zła dobrem. Mówię o tym, że nie chcemy niszczyć niczyich rodzin, ale zakładać własne. Że chcę by każdy syn mógł bez strachu przedstawić ojcu swojego chłopaka. Ludzie mają łzy w oczach. I cały ten tęczowy tłum wychodzi z placu na trasę marszu.

Krzyś Kliszczyński z Lambdy Warszawa. Fot. Agata Sierakowska

Krzyś Kliszczyński z Lambdy Warszawa. Fot. Agata Sierakowska

Jest cudownie. Jest tęcza, jest muzyka, jest Charlotte z Lolą na platformie, jest słońce, radość, taniec, flagi, parasolki. Miłość. Rzeka miłości wlewa się w ulice miasta.

Kiedy zakręcamy na placu Rodła, widać ją z boku – rozciąga się na całą Aleję Niepodległości, daleko, daleko, w ogóle się nie kończy!!! Koniec znika gdzieś za rogiem placu Żołnierza, pół kilometra stąd. Ja P!nkolę!

Illustration 3: Y-M-C-A! Fot. Karolina Cytowicz

Y-M-C-A! Fot. Karolina Cytowicz

Tańczymy. Szymon w różowej koszulce Stonewall porywa mnie do tańca. Wolontariusz tuż przede mną, który niesie linkę wokół auta, wije się kocio do muzyki, cudowny widok. Y-M-C-A! Y-M-C-A! Charlotte pokazuje układ taneczny, mnóstwo rąk nad głowami. Roześmiane twarze młodych niosących banner. Światło w oczach. Ludzie się przytulają, trzymają za ręce, całują. Michał z tęczową chorągiewką w ręce. Chyba nigdy za mojego życia moje miasto nie było tak pięknie radosne jak dziś.

Pacyfka i Dennis. Ktoś czuwa, by tańczyć mógł ktoś. Fot. Filip Brzeziński.

Pacyfka i Dennis. Ktoś czuwa, by tańczyć mógł ktoś. Fot. Filip Brzeziński.

Ktoś czuwa, by tańczyć mógł ktoś

Freedom, śpiewa George Michael. Freedom!!! Idziemy. Tańczymy. Tęczowe flagi migoczą w słońcu. Machamy do ludzi na balkonach. I tych którzy do nas machają, i tych co pokazują faki. Wołamy „chodźcie z nami”. Do wszystkich.

Szambur i Pacyfka. Fot. Agata Sierakowska

Szambur i Pacyfka. Fot. Agata Sierakowska

Charlotte i Lola na platformie porywają tłum. Dennis skupiony, komunikuje się przez krótkofalówkę co chwila. Alicja podchodzi, pokazuje kogoś, ostrzega. Yurga, przepiękny człowiek, absolutny geniusz filmu i fotografii, z kamerą, obok nas cały czas. Długonogi Oli podchodzi do znaków drogowych i zdrapuje z nich naklejki z „zakazem pedałowania”. Kurde, niedługo Grunwald, oni tam się czają… A na swoich szczudłach jest super-widocznym celem i gdyby przyszło się z nimi ganiać, to on miałby najtrudniej…

fot. Karolina Cytowicz

fot. Karolina Cytowicz

Fil z Pacyfką na rękach. Fot. Karolina Cytowicz

Fil z Pacyfką na rękach. Fot. Karolina Cytowicz

Fil, KODer, w odblaskowej kamizelce straży (tak, Kuba dowiózł je na czas!) podchodzi do mnie, podnosi do góry, i tańczy ze mną na rękach – widzę ponad głowy tłumu – rany, ile nas jest. Kolory, kwiaty, wzory, flagi, wstążki, jak egzotyczne ptaki, jak barwne motyle na ukwieconej łące, jak oczy boskiej miłości, która zstąpiła na ziemię.
Wątpiący modlił się, Boże, tak trudno mi uwierzyć, ukaż mi swą twarz! A Bóg – jestem Miłością; chcesz mnie zobaczyć, idź na Marsz Równości…

Fot. Karolina Cytowicz

Fot. Karolina Cytowicz

Przy pierwszej platformie, z linką w dłoni i tęczową parasolką w drugiej, pląsa Daria: dziś kończy 15 lat. Jej tata prowadzi to auto, reszta rozbudowanej rodziny o różnych stopniach pokrewieństwa jest tu również: “nie chcę prezentów”, powiedziała, “chcę żeby wszyscy byli na Marszu”…

Marek, siostra Mary Read, na aucie Alina, Lola, Charlotte, Tomek, Kasia. Fot. Karolina Cytowicz

Marek, siostra Mary Read, na aucie
Alina, Lola, Charlotte, Tomek, Kasia.
Fot. Karolina Cytowicz

Wchodzimy na Grunwald i w tym momencie spod dachu 10-piętrowego bloku rozwija się, opadając bezgłośnie, wielki na cztery piętra banner z “zakazem pedałowania”. Mieszkańcy bloku naprzeciwko, stojący na balkonach, pokazują go i krzyczą „Przepraszamy! Przepraszamy!”

Dialog społeczny.

Zderzenie cywilizacji.

W bocznych ulicach widać, jak policja ekranuje, w dość dużej odległości, krótko ostrzyżonych, agresywnych kolesi w białych koszulkach.

I know I’ll be ready when the devil is near.

Charlotte, Kasia, Tomek. Fot. Krzysztof Wojtecki

Charlotte, Kasia, Tomek. Fot. Krzysztof Wojtecki

Wchodzimy w aleję Papieża. Kasia, żona SuperTomka, który DJ’uje na pierwszej platformie, śpiewa… – Czy wiesz, czemu wilk tak wyje w księżycową noc? I czemu ryś tak zęby szczerzy rad? – Na końcu alei od stolików ogródka piwnego zrywa się kilkudziesięciu kolesi w białych koszulkach i zaczynają wrzeszczeć. Wypierdalać! Szczecin nie chce pedałów! Ich oczy. Ich twarze. Tyle w nich nienawiści. Kto was tak skrzywdził? Czy żyjecie bez miłości, że wam miłość innych przeszkadza? Idziemy naprzód. I am here. Wrzaski: zboczeńcy, sodomici, pedofile… Śpiew: – Ty myślisz, że są ludźmi tylko ludzie, których ludźmi nazywać chce twój świat… – Policja uszczelnia szereg. I’ve already seen the bottom so there’s nothing to fear. Niektórzy agresorzy próbują przedzierać się. Szklanka od piwa rozpryskuje się na konstrukcji auta, nad głową Tomka i Kasi. Druga trafia Charlottę w ramię. – A każde z żywych stworzeń to mój druh, jesteśmy połączonym z sobą światem”…

fot. Krzysztof Wojtecki

fot. Krzysztof Wojtecki

Są półtora metra od nas, pięści w powietrzu. Faki w powietrzu. Bluzgi w powietrzu. Kufle i popielniczki w powietrzu. Przez wrzaski nie słychać brzdęku, gdy rozbijają się między nami na asfalcie. – Czy ty słyszysz te melodie co z gór płyną? – Kasia, oczy mokre, nie przestaje śpiewać. – – Barwy które kolorowy niesie wiatr? Ludzie z auta podają mi i Dennisowi kawałki szkła, wyrzucamy je do śmietników przy chodniku. – Barwy które kolorowy niesie wiatr?

Wiatr… niesie kłęby ulotek, które oni rozrzucają. Ktoś podbiega do mnie, wiesz skąd je mieli? Ukradli je z naszych stoisk na Łące Kany! – Jak to, przecież tam została i policja i ochrona?? – Pokazuje mi na telefonie zdjęcie na fejsie, przewrócone namioty, rozsypane ulotki. – Napadli na piknik.

Jezu. Mały i Bizon, i może Darek tam są!!! Czy im coś zrobili? Dzwonię, żaden nie odbiera… Jezu

fot. Filip Brzeziński

fot. Filip Brzeziński

Czoło marszu dochodzi do wejścia do Kaskady, nagle zza rogu budynku wypada całe stado białokoszulkowców. Policja po naszych bokach, więc dokładnie na wprost widzimy wykrzywione wściekłością twarze, gdy biegną prosto na nas. W tej chwili tętent kopyt po asfalcie, szarża rusza naprzeciw nich, konie ślizgają się po kamiennych płytach chodnika. Jeden siada na zadzie,

Horses saved our skins

Horses saved our skins

dosłownie, ale podnosi się, impet napastników wyhamowany, piesza policja dobiega do nich, kładą ich do parteru i kują. Kurde, byłam na parunastu Pride’ach, ale takich scen jeszcze nie widziałam. A za mną kilka tysięcy ludzi, którzy uwierzyli mi, że będzie bezpiecznie. Że mogą przyjść z dziećmi. Mijamy Szklany Domek, na którym powiewa tęczowa flaga. Narodowiec zrywa ją i szarpie się o nią z policjantem.

Mały oddzwania, nic się nam nie stało, to wiatr przewrócił namioty i rozsypał ulotki… kolorowy wiatr… kamień z serca…

I am here. Czekamy przy wejściu na plac Solidarności, aż policja oczyści teren. Mówię do ludzi, żeby nie dali sobie wmówić, że są “kochający inaczej”. Kochamy tak samo. Jesteście cudowni, jesteście odważni, jesteście solą tej ziemi. Kocham was, krzyczę zdartym już głosem do mikrofonu, przestaję cokolwiek widzieć, bo nagle łzy po twarzy mi lecą.

Illustration 4: fot. Agata Sierakowska

fot.
Agata
Sierakowska

Uważajcie na siebie wracając, proszę rozwiązując zgromadzenie, żeby nie stała się wam żadna krzywda… Dziewczyny, które mimo moich próśb szły potem z tęczą w dłoniach, później opowiadały mi, że narodowcy zaczepiali je, ale nie próbowali bić, obrażali tylko. “Nie jesteśmy homofobami, mówili, bo fobia to strach. My się was nie boimy, my wami pogardzamy…”

Każdy jest ważny

Podchodzą do mnie ludzie, dziękują, odpowiadam, to ja dziękuję wam, że przyszliście, że nie daliście się zastraszyć… Mówią, że było świetnie, gratulują… Tłumaczę, że to nie tylko ja, to cały zespół, to tak jak w wyścigach motocyklowych… Zawodnik pokazuje twarz stając na podium, ale jego zwycięstwa nie byłoby gdyby nie cały team mechaników, inżynierów, logistyków; każdy z nich, nawet ten, co układa opony, jest ważny. Przytulają mnie i przyjaciele, i znajomi niewidziani od lat (mój polonista!) i ludzie których pierwszy raz widzę. Wielu ma mokre oczy. Dwie małe dziewczynki proszą, żeby podpisać się im na rękach. Rysuję serduszka i pacyfki.

Idziemy na Łąkę Kany, jest kolorowo, zabawa, muzyka, jedzonko z Amaru; podchodzi wysoki chłopak z imponującą grzywą, pyta czy można kupić tęczową flagę, bo oni przypłynęli żaglówką z Danii, nie wiedzieli że jest Pride, trafili przypadkiem, a trzeba maszt udekorować. Nie ma już żadnej na sprzedaż, to zdejmuję i daję mu jedną z naszych. Svend, bo tak ma na imię, urokliwie pląsa ze swoimi towarzyszami przed sceną.

fot. Filip Brzeziński

fot. Filip Brzeziński

Svend i kubki od piwa

Zaczyna padać deszcz; nad Wałami Chrobrego słońce maluje świetlistą tęczę na pół nieba. Niebiosa nam sprzyjają, są po naszej stronie. W Piwnicy fascynująca dyskusja z Markiem i Jędrzejem oraz Daro i Cesarem, fantastycznie śpiewa i queeruje Zdrada Pałki. Nikt nas nie niepokoi. Tak samo na afterze w klubie Peron Piąty. Na parkiecie takie talenty, że trudno wybrać na kogo patrzeć. Mocno po północy mamy urokliwą scenę z nieco już falującą dziewczyną z żeglarsko-duńskiej ekipy, która ma przy sobie rozrusznik do silnika łodzi – kawał żelastwa ważący dobre dwa kilo – i domaga się żeby ją z tym wpuścić, a w koszyku nie chce zostawić, żeby ktoś nie ukradł. “Nie macie pojęcia ile to kosztuje”. “Ale nikt patrząc na to nie będzie miał nawet pojęcia, co to jest”. Szef ochroniarzy po kwadransie odchodzi na bok, aż się trzęsie od powstrzymywanego śmiechu. “Dwadzieścia lat w tym pracuję i nie miałem takiej sytuacji”. Około trzeciej nad ranem, widzę jak Svend chodzi po sali z workiem i zbiera śmieci, ale będąc na nogach już prawie 24h, po kilkunastu zarwanych nocach, nie czaję bazy nawet na tyle by spytać go, o co chodzi. Duńczyk niestrudzenie chodzi w tę i z powrotem z naręczami zesztaplowanych kubków wielorazowych do piwa, w końcu podchodzi do mnie i prosi, żebym spytała barmanów, dość słabo ogarniających angielski, czy maszyna do mycia tych kubków, która jest zepsuta, będzie szybko naprawiona czy też będzie trzeba je myć ręcznie – “bo jeśli tak, to już bym zaczął”. Pytam. Ich miny bezcenne, chociaż raczej nie pracują od 20 lat w tej branży. Co do maszyny, nie wiedzą. Bezcenny również wtrząs na twarzy pracownika od sprzątania. Na początku imprezy mruczał coś o pedałach, a teraz jest w szoku, że to fajni ludzie, zwłaszcza Svend, dzięki którego spontanicznej pomocy będzie fajrantował dobre dwie godziny wcześniej.
Jedni kuflami rzucają, inni je myją.

Svend i mniej-więcej jedna czwarta zebranych przez niego kubków

Svend i mniej-więcej jedna czwarta zebranych przez niego kubków

Krzysiu z Lambdy Warszawa, wcielone dobro, żegna się, mówi że to był największy pierwszy marsz danego miasta w historii. Zazwyczaj jest 700, 800, tysiąc osób, mówi, a tu od pierwszego strzała trzy tysiące. Kurde, nie pomyślałam o tym, ale rzeczywiście. Żegnają się kolejne ekipy. Piąta rano. Zbieramy nasz sprzęt i zamykamy klub. Już przy drzwiach, z kluczami w ręce, mam nagłe olśnienie. Idę do kuchni. W ciasnym pomieszczeniu, obskurnym jak “Nabuchodonozor” w Matrixie, pomiędzy słupkami kilkuset brudnych i kilkuset już czystych kubków – Svend.

Kochany, powiedz, dlaczego to robisz, pytam żeglarza. Patrzy na mnie oczami pełnymi światła i radości. “Zawsze lepiej jest współtworzyć imprezę, niż tylko uczestniczyć w imprezie. To się nazywa AKTYWIZM”.


Monika

Monika "Pacyfka" Tichy