Ścierając z twarzy tęczę. I ślinę. Marsz Równości w Białymstoku

fot. Katarzyna Pierzchała. Marsz Równości w Białymstoku

Monika Pacyfka Tichy

Wchodzimy na plac NZSu, skąd za kwadrans ma zacząć się marsz. Nie widać go jednak, ani jednej tęczowej flagi, za to mnóstwo głośnych mężczyzn. Nas jest piątka, ich są setki. Mają polskie flagi, bannery z „zakazem pedałowania”, tiszerty z kotwicami, „Białystok wolny od dewiacji”, logotypami MW i innych nazistowsich organizacji. Ktoś z nich mówi do mikrofonu o obronie miasta przed zboczeńcami, którzy chcą gwałcić dzieci, o tym, jakimi jesteśmy wrogami polskości i katolicyzmu, i zaczyna modlitwę do Boga i świętych, żeby wsparli ich w ich ważnym dziele. Proszą o wsparcie Michała Archanioła i inne postaci. „Bóg, honor, ojczyzna”, skandują.

Jest ze mną Krzyś Kliszczyński, Igor, Jacek, Steve. Rozglądamy się bezradnie, bo nie jesteśmy stąd, może to nie ten plac? GPS potwierdza że to tu. Trzy kobiety, jedna w tęczowych skarpetkach, rozglądają się tak jak my. Podchodzimy do nich. Wielki jak szafa młodzieniec, dwa metry wzrostu, zauważa nas, drze się patrząc mi w oczy: zobaczcie jak wy wyglądacie. Przecież na was codziennie patrzą dzieci. Cwele wypierdalać stąd!!! Podchwytują to inni, tacy wielcy jak on, nagle jesteśmy otoczeni, kilka osób w środku tysięcznego tłumu, oni skandują wymachując pięściami przed naszymi twarzami, chłopak dziewczyna normalna rodzina! Nikt tego nie widzi, nikt nam nie pomaga, czy tak się czuli Żydzi, jak ich złapano? Koleś pół metra wyższy ode mnie i mający tyle masy mięśniowej co ja cała ważę, pluje mi w oczy, po chwili drugi, ktoś oblewa mnie wodą, ileż to musi odwagi wymagać od nich? Zrywają kolorowe korale jednej z tych kobiet, fotoreporterzy robią zdjęcia, a ja tylko myślę, uderzy czy nie uderzy?

Fot. Bart Staszewski, marsz Równości w Białymstoku

Fot. Bart Staszewski

Po chwili podchodzi kilku policjantów w czarnych strojach i białych przyłbicach, otaczają nas, odgradzają ich. Zaprowadzimy was, mówią, idziemy w tym żałobnym, czarnobiałym wianku, na brzeg trawy wewnątrz placu. Wyciągam z chlebaka flagę, naszą tramwajową flagę PACE, zakładam ją na siebie, policja doprowadza tak jeszcze parędziesiąt osób. To jest nasz marsz? Jest Julka Maciocha, Szambur, Grześ Janiczak, Honorata z Lublina, pojawia się i Kuba, współorganizator. Ulga, gdy go widzę. Wyciągamy w górę flagi, by ci którzy chcą tu dotrzeć, widzieli gdzie jesteśmy, nasza mała kolorowa wysepka wśród rozszalałej wrzaskiem czerni-bieli, nasz malutki żaglowiec pośród morza nienawiści, bandera na maszt.

Zwierzyna łowna

Fot. Bart Staszewski, marsz Równości w Białymstoku

Fot. Bart Staszewski

Coś uderza mnie w ramię i spada na ziemię, tutka i ogień na jej końcu, daję krok w tył i rozgarniam ludzi, uwaga petarda! Wybucha, po chwili następna, następna, wpadają między nas.

Jest z nami dziewczyna na wózku inwalidzkim; naziści celują w nią petardami, bo nie może uchylić się czy odskoczyć; parę godzin później ona zobaczy ich na ulicy i usłyszy ich rozmowę: „o to ta …., w którą rzucaliśmy”…

Oni wszędzie dookoła. Setki. Wykrzywione nienawiścią twarze, zmrużone oczy, usta rozdarte we wrzasku, pięści wzniesione, a z każdej wystaje fakulec. Wypierdalać, pedały, dewianci, pedofile, wypierdalać, zajebiemy, Bóg – jebać – honor – pedałów – ojczyzna. Ten hałas. Ten krzyk, od którego podnoszą się włosy.

Tak samo było w czasie wojny, urodziłeś się Żydem bez swojej winy, bez decyzji, taka loteria genów; i teraz stajesz się zwierzyną łowną. Tu, w tym mieście, politycy partii rządzącej i biskup wraz z rzeszą kleru od tygodni nawoływali, że nie ma dla nas miejsca w tym mieście. Nie mamy prawa tu być, żyć; trzeba nas powstrzymać, usunąć z zasięgu wzroku. Dawno temu wydawało nam się, że przekroczyli już wszystkie granice możliwe w środku Europy, w kraju unijnym, ale to było kilka granic temu.  Kiedy wezwą do „ostatecznego rozwiązania kwestii gejowskiej”?

fot. Katarzyna Pierzchała. Marsz Równości w Białymstoku

fot. Katarzyna Pierzchała

Wśród nas kobieta, która płacze z przerażenia; przytula ją chłopak w studenckim wieku, może jej syn? Młoda osoba o androgynicznej urodzie i zielono-czarnej czuprynie krzyczy, kamień uderzył ją w twarz. Rusza nasz marsz. W kanion ulicy, na chodnikach rozjuszony tłum, i my jak ten Mojżesz z Izraelitami, idący przez Morze Czerwone, mając mur z bałwanów po prawej i po lewej swej stronie. Chłopcy, młodzi mężczyźni, emeryci, emerytki. Wściekli, głośni. Zatrzymujemy się już po chwili, bo blokują nas. Koło mnie stoi czarnowłosa nastolatka, sukienka z białej koronki i czerwonego tiulu, tak patriotycznie, polska flaga. Na głowie wianek z konwalii, jak do pierwszej komunii. Ma kartonik, na którym napisała, każde słowo kolejnym kolorem tęczy „Miłość nie wyrządza zła bliźniemu – List do Rzymian 13:10”. Jest stąd, to jej pierwszy marsz. Pewnie nigdy nie zetknęła się z taką nienawiścią w nią wymierzoną, przez ludzi obcych, którym nie wyrządziła żadnej krzywdy; nienawidzą jej, bo jest. Widzę, że płacze. Przytulam ją. Boże, ja stąd wrócę do cywilizacji, ona w tym oceanie nienawiści zostanie, będzie tu musiała żyć, starać się przetrwać.

 

Armia Boga

My tylko chcemy przejść przez to miasto. Pokojowo. Nikogo nie krzywdzimy, nikogo nie gwałcimy. Nic nie narzucamy. Nikogo na siłę nie całujemy.  Mówimy o prawie do bezpiecznego życia, wolnego od nienawiści. Ale to za dużo dla nich. Według nich, żądamy zbyt wiele. Powinniśmy się skitrać do szafy i udawać że nas nie ma, bo już samo nasze istnienie jest obrazą ich świętych i nienaruszalnych uczuć religijnych.

Fot. Bart Staszewski, marsz Równości w Białymstoku

fot. Bart Staszewski

Dolatuje nas gryzący w oczy powiew gazu. Zza szpaleru policjantów nie widać dokładnie tego tumultu który tam podnosi kurz z jezdni. Śmigłowiec zniża się, jest tuż nad nami. Wiatr od jego łopat zrywa moją flagę z kijka, biegnę za nią na chodnik, nazista w czerwonym tiszercie jest szybszy. Taka flaga jest tylko jedna na świecie, poznański tramwaj na tle tęczy, zrobiliśmy ją razem z Alexem – teraz w łapach wielkiego kolesia. Z drugiej strony biegnie jednak policjant; umięśniony „obrońca ojczyzny” widząc go, rzuca flagę jak szmatę mi pod nogi. W tym samym czasie w innym miejscu inna tęczowa flaga płonie – wyrwana którejś z osób w marszu.

I ten ciągły wrzask. Ten ciągły bluzg. Ten czarnowłosy kato-talib pokazujący nam faki ma tiszert z napisem ARMIA BOGA. Drugi obok niego krzyż na koszulce. Chłopcy, którzy, wnosząc z urody powinni iść po tej stronie szpaleru policji, a stoją tam z ustami rozdartymi i pięściami wzniesionymi, napisy na koszulkach: „Jesteś w zasięgu Jezusa”. „Miłujcie się wzajemnie”, mówił ten Żyd. Ale oni nie o miłości, ale o jebaniu, o wypierdalaniu. Środkowe palce wyprężone w górę, jak w jakiejś permanentnej erekcji, rytmicznie unoszone, w stronę piętnasto-, szesnastoletnich chłopców i dziewczyn, kto tutaj seksualizuje dzieci?

Znów się zatrzymujemy. Znów zapach gazu i śmigłowiec tuż nad naszymi głowami. Kiedy ruszamy, wchodzimy w smród gazu, oczy szczypią, zasłaniam usta brzegiem flagi, żeby móc oddychać. Mijamy policjantów przytrzymujących na bruku skutych łysych kolesi.

„Kochać wszystkich, nikogo nie oszczędzać”

W jednym z bloków, na balkonach, ludzie, głównie starsi. Skrzywione twarze, złe spojrzenia. Ale jedna pani pozdrawia nas. Macha do nas uśmiechając się, po czym patrzy w dół, na chodnik, na nazioli, i puka się w czoło.

Oni są cały czas, po obu stronach, między nimi a nami cienka czarna linia policji z bronią, gazem, tarczami, pałkami. Wrzeszczą. Na „wypierdalać” odpowiadamy „chodźcie z nami”. Na faki – pokazując dłonie złożone w serduszka. Na „kurwy” – przesyłając całusy. Miłość jest jedynym, co mogłoby ich uleczyć, potrzebują światła, by rozproszyło ich wewnętrzny mrok. Jak w „Niekończącej się historii”, ta zła królowa nie mogła być pokonana, bo nie da się zniszczyć pustki, trzeba ją wypełnić. „Chciałbym, żebyś miała serce” – rzucił zaklęcie jej więzień i w ten sposób zwyciężył.

W końcu w szerszej ulicy dołącza do nas auto z nagłośnieniem. Na nim Julka Maciocha, jak tęczowy anioł, wokół niej unosi się barwny obłok tiulowych skrzydeł. Najdzielniejsza kobieta w Polsce. Muzyka zagłusza wrzaski i bluzgi, i robi się trochę lżej. Tańczymy, pląsamy, tak właśnie to powinno wyglądać: święto miłości, różnorodności, całej społeczności. Surrealistyczna scena, tęczowo-brokatowa rzeka miłości pośród czarno-biało-czerwonego morza gniewu; nasze ramiona i biodra rozkołysane do muzyki, w brokatach i tęczowych makijażach, a tuż obok oni, twarze wykrzywione wściekłością, wokół oczu makijaż nienawiści, ręce też w rytmie, też w ruchu, tylko prostszym, czterotaktowym: „wy-pier-dalać! wy-pier-dalać!”

Fot. Bart Staszewski, marsz Równości w Białymstoku

Fot. Bart Staszewski

Względny spokój nie trwa długo; mamy kolejną blokadę, zmianę trasy, potem powrót na trasę. Idę cały czas z przodu, przy bannerze, który niosą młody niski chłopak trans i wysoka, starsza już mocno kobieta trans; jest koło mnie śliczny Grześ z flagą, osoba która mu towarzyszy boi się, ale ktoś musi iść w pierwszym szeregu, bo jeśli każdy schowa się za czyjeś plecy, to kto pójdzie pierwszy? Hold the line, śpiewał Freddie, does anybody want to takie it anymore? Policjant niesie pęk takich wielkich trytek, jednorazowych kajdanek; co chwilę kogoś wyprowadzają, para funkcjonariuszy w czerni i białych kaskach, flankująca umięśnionego byka w biało-czerwonej koszulce – jak jakiś absurdalny tryptyk ołtarzowy rodem ze średniowiecza. Kanonada petard hukowych, potem kolejna, kolejna, przed nami, śmigłowiec nad nami, pod stopami potłuczone szkło, kostka brukowa wyrwana z chodników, rzucona w nas; gdy my zamilkniemy, kamienie wołać będą. Obok mnie Kuba, z ekipy organizatorów, czuły i dobry, młody lekarz świeżo po studiach; po ręce spływa krew, pytam, „dostałem kamieniem…”

Dziewczyna z dziarami na ramionach puszcza bańki mydlane. Tęcza na chybotliwych, efemerycznych ich powierzchniach. Unoszą się nad głowami policjantów, nad szeregami wzniesionych pięści. Mrożek by tego nie wymyślił.

Marsz Równości w Białymstoku 2019

Hierarchia wartości hierarchii

Minęliśmy katedrę, gdzie trwają modły; oni modlą się “za nas”, ale nie o ocalenie nas z tego ataku, tylko o “nawrócenie”; oni nie widzą nic złego w tym, co robią naziole; przecież to oni, biskup i księża, pospołu z politykami rządzącej partii, wysłali ich na nas. Dali przyzwolenie,  podparli ich nienawiść “polskością”, “ojczyzną”, pobłogosławili ich agresję “wiarą” i “rodziną” – każde ich słowo, o tym jakimi jesteśmy pedofilami, jakim zagrożeniem, jakimi nieludźmi, każda instalacja gdzie “LGBT” było obok “terroryzmu”, każde z tych słów teraz staje się ciałem, zwija ich dłonie, którymi mogliby tulić, w pięści, którymi próbują utoczyć naszą krew; tak jak Jezus zmieniał wodę w wino, oni zmieniają słowa w kamienie, w petardy, w butelki lecące na nasze głowy; jutro biskupi będą się pochylać, odżegnywać, “nie znajdować usprawiedliwienia”, “potępiać grzech ale kochać grzesznika”, ale “akty homoseksualne są wewnętrznie nieuporządkowane”, ale “trzeba chronić dzieci przed dewiacją”, pisząc w swych bezpiecznych gabinetach oświadczenia które nic nie zmienią, które nie mają nic zmienić, bo właśnie o to im chodzi, bo tego właśnie chcą, naszej krzywdy, naszego strachu, naszego poczucia winy, naszego schowania się z powrotem do szafy, żebyśmy nie wychodzili na ulice i nie pokazywali części z nich, że dokonali złych wyborów, że nie musieli tak naprawdę marnować sobie i innym życia, uciekać przed sobą i swoimi miłościami, mogli żyć i kochać w zgodzie z sobą, być spokojni, szczęśliwi, zamiast niszczyć szczęście i spokój sobie i nam.

Jutro zatroskany mainstream będzie nas pytał, a może wy za dużo chcecie, może za bardzo prowokujecie, za mocno się obnosicie, po co tam idziecie; wiadomo, zupa była za słona, spódniczka za krótka, zawsze. Będziemy użerać z naszymi znajomymi, kolegami ze studiów i pracy, krewnymi; oczywiście, nasza wina, tak jak czarnoskórzy byli winni temu, że w łańcuchach ich wieziono do Ameryki, do katorżniczej pracy; ich wina, mogli nie być tak czarni, to by im w latach 60. pozwalano jeździć z przodu autobusu i wchodzić do wszystkich restauracji; oczywiście, Żydzi ponoszą odpowiedzialność za holokaust, widocznie za mało sympatycznie się uśmiechali do chrześcijan, pomiędzy którymi żyli przed wojną.

Bejzbolem w cweli

I znowu jesteśmy na placu NZS, pod pomnikiem z napisem “Bóg, Honor, Ojczyzna”. Tu nadal legion nazioli. Marsz dotarł do celu; ale teraz właśnie będzie najtrudniej, bo wychodzimy poza kordon policji i małymi grupkami musimy dotrzeć do domów, na dworzec, do aut; jak po prawie każdym marszu, na którym byłam, ta chwila, gdy składam kijek teleskopowy, zwijam flagę, ściągam wianek z tęczowych kwiatów i wpycham do chlebaka, bo za tęczową flagę i kwiaty można w tym kraju zostać pobitym, w obronie Boga, honoru i ojczyzny. Boga, który według nich stworzył nas tylko po to, by nas potępić, by skazać na piekło – pośmiertne, a także doczesne, które nam tu urządzają, myślą, mową, uczynkiem, i zaniedbaniem; Ojczyzny która według nich powinna być strefą wolną od dwóch milionów rodzonych obywateli; i Honoru który polega na tym, że trzech kafarów kopie chudą nastolatkę, że w dziesięciu biegną za jednym chłopakiem i go biją, sycąc uszy, pewnie patriotycznie przywykłe do kompozycji pół-Francuza Chopina i pedała Szymanowskiego, muzyką krzyków bólu i przerażenia. Ścieramy z twarzy tęczę bo musimy wyjść w miasto, gdzie ich jest kilkakrotnie więcej niż nas. Z moimi towarzyszami przeszliśmy zaledwie kilkaset metrów i jesteśmy w potrzasku; na ławeczkach przed nami horda nazistów spoglądających na nas łakomie. Przystajemy przy kilku radiowozach, które tu stoją; prosimy o eskortę, ale zbywają nas, „mamy inne zadania”; „nie jest naszą rolą zapewnić ochronę każdemu uczestnikowi”, „weźcie państwo taksówkę”. No to bierzemy taksówkę, wysiadamy z niej, może 20m od naszego pojazdu; Krzyś idzie pierwszy, z wolno jadącego pustą ulicą auta słyszy zaczepkę; samochód staje, Krzyś cofa się kilka kroków, w naszą stronę; z auta wychodzi trzech wysokich kolesi, jeden wyciąga bejzbol, widzę kij uniesiony do ciosu w głowę mojego przyjaciela. Krzyś mówi coś spokojnym głosem, staję obok niego i wyciągam ręce w stronę napastnika, mówię: „przytulę cię, jeśli chcesz” – on wybucha potokiem bluzgów, pluje w twarz Krzysiowi i mi, podchodzi ten drugi, proponuję mu to samo, ten też pluje i krzyczy coś o cwelach; pierwszy znów podnosi kij, w tym momencie radiowóz wyjeżdża zza zakrętu, oni widząc policję biegną do swojego auta i ruszają z piskiem opon.

Krzyś, najdłużej działający nieprzerwanie aktywista LGBT w Polsce (ćwierć wieku pracy), wstrząśnięty:  „jeszcze nigdy nie miałem takiej sytuacji” – a przecież szedł w pierwszych, nielegalnych paradach w Warszawie.

Jeszcze nigdy nie byłam tak blisko śmierci, wydana na łaskę człowieka, który mnie nienawidzi, i to on decyduje o tym, czy będę istnieć, czy nie; Żydówka ocalona z pogromu.

I to ten człowiek, ci ludzie, pytali mnie, czy mi nie wstyd, bo patrzą na mnie dzieci? A jaki przykład wy dajecie dzieciom? Że przemoc jest akceptowalnym językiem dialogu społecznego? Że można porzucić cechy ludzkie, empatię i rozum, i wrócić na wcześniejsze etapy ewolucyjne, by rację ustalać na podstawie twardości pięści? Tak skonstruowane społeczeństwo chcecie urządzić waszym dzieciom?

Tym, z którymi przyszliście jako z żywymi tarczami? Temu dziecku, któremu matka składała piąstki w faki, krzycząc nad jego blond główką „wypierdalać?” Część waszych dzieci jest gejami; dowiecie się za kilka, kilkanaście lat. Co wtedy zrobicie? Zabijecie je?

Fot. Bart Staszewski, marsz Równości w Białymstoku

Fot. Bart Staszewski


Monika

Monika "Pacyfka" Tichy